Chcę śpiewać dla swoich
Rozmowa z Jarosławem Brękiem, śpiewakiem z Poznania,
który dziś wystąpi w Filharmonii Poznańskiej

Jolanta Brózda: Jak to się stało, że Pan, młody śpiewak, znalazł się w renomowanej Warszawskiej Operze Kameralnej. Debiutował Pan tam jako Hrabia w "Weselu Figara" Mozarta - a to partia, o której długie lata marzy wielu artystów.
Jarosław Bręk: Dyrektor opery Stefan Sutkowski słyszał mnie na koncertach i zaprosił na rozmowę do swojego gabinetu. Pierwsza odbyła się półtora roku przed debiutem, czyli w lutym 1999 roku. Wtedy jeszcze nie byłem gotowy do operowych występów. Chciałem jeszcze zaśpiewać kilkanaście recitali i oratoriów, pogłębić umiejętności aktorskie. Po roku znów rozmawiałem z dyrektorem, ale to było zupełnie inne spotkanie. W końcu zadebiutowałem w partii Hrabiego, a w tym roku w głównej roli w "Don Giovannim".

Występuje Pan w rolach dojrzałych, doświadczonych mężczyzn.
Hrabia i Don Giovanni to zalotnicy. Obie te role są jednak bardzo odległe od tego, jaki jestem na co dzień. Ale w którejś z recenzji przeczytałem, że osiągnąłem cel. Tyle że to nie ja zalecam się do kobiet, ale powoduję, że one lgną do mnie. Jestem więc nieświadomym zalotnikiem.

Partie Hrabiego i Don Giovanniego to wyzwanie dla śpiewaków nawet z wieloletnim stażem, a Pan dostał je w prezencie prawie na samym początku kariery.
Myślę, że nie był to prezent, a świadoma decyzja dyrektora. Podziwiam go za to, że umie postawić na młodych ludzi, którym trzeba dać szansę, żeby pokazali, co potrafią. Czasem dyrektor wybiera kontrowersyjnych śpiewaków, ale przeważnie to były strzały w dziesiątkę.

Dojrzewać jako artysta - co to dla Pana znaczy:?
To zbieranie doświadczeń życiowych, które potem można wykorzystać podczas przedstawień. Jednak najpierw trzeba mieć fundament wokalny, żeby później być pewnym na scenie, nie myśleć o technice śpiewu. Dopiero wtedy można pracować nad aktorstwem, a to jest wielkie zadanie.

Koncentruje się Pan się na muzyce baroku i klasycyzmu. A opera XIX w.?
Do niedawna jeszcze byłem przekonany, że będę śpiewać wyłącznie barok. To dzięki temu, że długie lata śpiewałem w chórze prof. Stefana Stuligrosza, a tam przeważała muzyka barokowa. Mógłbym wprawdzie śpiewać opery Verdiego, ale to nie byłoby atrakcyjne, bo do tego potrzeba lat. Widz musi słyszeć, że śpiewa dojrzały mężczyzna. Powoli zaczynam sprawdzać się w XIX-wiecznym repertuarze, np. Requiem Giuseppe Verdiego czy Quo Vadis Feliksa Nowowiejskiego, a w przyszłym roku pierwszy raz zaśpiewam w premierze opery Belliniego w jednym z polskich teatrów. Nie powiem gdzie, żeby nie zapeszyć.

Dlaczego wyjechał Pan z Poznania, skoro przecież tu też mógł Pan się kształcić jako śpiewak?
Przez pierwszy rok studiowałem śpiew w Poznaniu, ale szybko okazało się, że jedynym miejscem, gdzie mogę łączyć naukę z występami, jest Warszawa. W Poznaniu nie wolno było koncertować studentom pierwszych lat, a ja od początku koncertowałem. Do Warszawy jechałem "w ciemno", nie znając w tym mieście nikogo. To było wielkie ryzyko, ale dziś uważam, że nadzwyczajnie się opłaciło. Teraz czekam na moment, kiedy w Poznaniu przestanę uchodzić tylko za młodego, obiecującego śpiewaka. Poznań to jedyne miejsce, gdzie wciąż tak jestem traktowany. Warszawa nie kazała mi czekać. Przyjęła mnie jako śpiewaka "na już".

Bo nikt tam Pana nie znał tak dobrze jak w Poznaniu.
To prawda, może dzieje się tak dlatego, że wszyscy tutaj pamiętają mnie jako chłopca w krótkich spodenkach? Po studiach chcę wrócić do Poznania, bo to moje miasto, niezależnie od tego, gdzie będę pracował. Wiele zawdzięczam Poznaniowi, ale muzycznie funkcjonuję gdzie indziej. Telefonują do mnie dyrektorzy różnych polskich teatrów, ale tutejsza opera jest dla mnie niedostępna, Występ na jej scenie jest w tej chwili moim największym artystycznym marzeniem.

Czuje się Pan niedoceniony w Poznaniu?
Może tak jest dlatego, że nie potrafię głośno mówić o swoich sukcesach. Może to błąd, tyle że w Warszawie poza śpiewaniem nie muszę robić nic, żeby być zauważonym, a w Poznaniu musiałbym się mocno o to starać. Jestem rozczarowany faktem, że nie mogę śpiewać w poznańskiej operze, jednak zawsze pamiętam o tym ile Poznaniowi zawdzięczam, bo przecież to dzięki prof. Stuligroszowi tak szybko zaistniałem jako solista. Na pewno więc każdy występ w Poznaniu przeżywam szczególnie, bo śpiewam wtedy u siebie i dla swoich.

Rozmawiała Jolanta Brózda
Gazeta Wyborcza, 2.11.2001