Chciałem pisać o sporcie ...
Rozmowa z JAROSŁAWEM BRĘKIEM - laureatem 36. Międzynarodowego
Konkursu Wokalnego im. Francisco Vinasa w Barcelonie

- Jest pan 21-letnim studentem III roku Akademii Muzycznej w Warszawie. Jak to się stało, że śpiewak u progu kariery sięgnął po laury na tak prestiżowym konkursie ?
- Rzeczywiście, byłem zdecydowanie najmłodszym uczestnikiem konkursu, a konkurencja była duża - w szranki stanęło ponad 200 śpiewaków z 40 krajów. Po przybyciu do Barcelony zaskoczyła mnie zmiana regulaminu. Zgłosiłem się do kategorii oratoryjnej, natomiast okazało się, że klasyfikacja prowadzona będzie łącznie z operową. Nie dano mi jednak wprowadzić do repertuaru arii operowej. Po odpadnięciu pozostałych Polaków, telefonicznie jednak na duchu podtrzymywała mnie mama i koledzy z chóru Stuligrosza. Wygrałem w kategorii oratoryjnej i zająłem 3. Miejsce w klasyfikacji łącznej. Poza tym zdobyłem dwie nagrody specjalne - zaproszenie na recital w Barcelonie oraz 2-letnie stypendium w Cagli we Włoszech.

- Skorzysta pan z tego stypendium ?
- Prawdopodobnie nie. Uczę się, w mojej ocenie, u najlepszego nauczyciela śpiewu na świecie. Jest nim profesor Jerzy Artysz. Nie należy więc zmieniać drogi, jeżeli jest ona dobra.

- Czy zawsze marzył pan o karierze śpiewaka ?
- Od dziecka śpiewałem w Poznańskich Słowikach. Zamierzałem jednak zostać dziennikarzem sportowym. Zbierałem gazety z wynikami, plakaty znanych sportowców. Przełom nastąpił, kiedy pojechałem z profesorem Stefanem Stuligroszem do Warszawy, by w grupie 12 panów z chóru uczestniczyć w wystawieniu Quo Vadis. Po powrocie do domu wyrzuciłem gazety, plakaty sportowe... i oddałem się całkowicie śpiewaniu. Studia zacząłem w Poznaniu, lecz po roku przeniosłem się do Warszawy, bo tam panowała doskonała atmosfera dla młodych śpiewaków.

- Co uważa pan za swój największy dotychczasowy sukces w karierze ?
- Na pewno cenię sobie nagrody z Barcelony oraz zajęcie pierwszego miejsca w ubiegłorocznym konkursie w Dusznikach. Za największy sukces jednak uważam to, że jestem szczęśliwy z tego, co robię. A także fakt, że trafiłem na tak wspaniałych nauczycieli, jak Stefan Stuligrosz i Jerzy Artysz.

- Czy wybór zawodu śpiewaka wiąże się z wieloma wyrzeczeniami ?
- Wyrzeczeń wielkich nie potrzeba - rezygnuję z papierosów, alkoholu, zimnych i gorących potraw, ale to nie problem. Ćwiczę przeciętnie 2 godziny dziennie. Więcej nie, aby nie przeforsować głosu, co zdarza się często młodym śpiewakom i kończy ich karierę.

- Czy to jest także przyczyną, że nie śpiewa pan dotychczas w operze, ograniczając się do pieśni i oratoriów ?
- Tak. Ktoś, kto najpierw dobrze śpiewa oratoria, później radzi sobie z repertuarem operowym. Odwrotnie - rzadko. Polscy śpiewacy natomiast nie mają przekonania do śpiewania pieśni. Arie operowe należy zaczynać zaś od Mozarta i Rossiniego. Dopiero po 15. Latach można zabrać się za forsujące głos partie wagnerowskie.

- Czy ma pan wymarzoną rolę operową ?
- Oczywiście - partię Hrabiego w Weselu Figara. Czuję się do niej już przygotowany wokalnie i aktorsko. Jej melodie nachodzą mnie i w samochodzie, i przy goleniu.

- Po sukcesie w Barcelonie z pewnością wzrosło zainteresowanie pana osobą. Jak przedstawiają się więc najbliższe plany ?
- Już 13 i 14 lutego wystąpię jako solista w Filharmonii Poznańskiej w Słowiczym Karnawale profesora Stuligrosza. Później ruszam w tournee po Polsce, trwające aż do występu w Barcelonie w czerwcu. A co dalej ? Zgłosili się do mnie impresario ze Szwajcarii i Hiszpanii. Za wcześnie jednak, by mówić publicznie o tych propozycjach.

Rozmawiał Marek Fiedorow
Głos Wielkopolski, 6.02.1999