Jarosław Bręk - nazwisko warte zapamiętania

- Do trzydziestego szóstego z kolei konkursu w Barcelonie przystąpiło 200 śpiewaków z 40 krajów. Podobnie jak inni byłem przekonany po przeczytaniu regulaminu, że turniej odbędzie się w dwóch kategoriach: operowej i oratoryjno-pieśniarskiej, i że w każdej z nich przydzielone zostaną odrębne nagrody. Nie chciałem Bachem i Haendlem konkurować z tymi, którzy śpiewają tylko Verdiego i Czajkowskiego. Tymczasem okazało się, że nagrody przyznano łącznie, a zwycięzca w kategorii oratoryjnej otrzymał nagrodę specjalną...

- ... i Panu przypadła ona w udziale.
- Tak, zaś w klasyfikacji generalnej znalazłem się na trzecim miejscu. Otrzymałem też nagrodę w postaci recitalu pieśni w czerwcu tego roku w Barcelonie i - wraz ze wszystkimi finalistami - dwuletnie stypendium w Akademii Operowej w Cagli we Włoszech.

Sagrada Familia, Barcelona, I 1999

- Zanim jednak dotarł Pan do finału...
- Miałem szczęście wylosować dobrą, środkową pozycję wśród dwustu kandydatów do eliminacji, którym przydzielono tylko czterech akompaniatorów i przesłuchiwano przez pięć dni. O przećwiczeniu z pianistą całego programu nie było mowy. Czasu starczyło zaledwie na omówienie charakteru kompozycji i temp. W pierwszym etapie zaśpiewałem arię z Pasji Mateuszowej i pieśń Ravela z cyklu Don Quichotte a Dulcinee. Zgodnie z regulaminem miałem jeszcze przygotowaną arię Filipa z Don Carlosa, ale nie pozwolono mi jej zaśpiewać. Właściwy konkurs zaczął się z II etapem. Trafiło do niego 56 osób. Z ósemki Polaków zostałem sam. Mój program składał się z arii Haendla z Alexander's Feast oraz pieśni Wolfa. W finale znalazła się dwudziestka kandydatów. Występowaliśmy w teatrze Victoria, pełniącym funkcję opery po pożarze Teatro Liceo. Wykonałem trzy pieśni: Schuberta, Schumanna i hiszpańskiego kompozytora Mompou. Ten znakomity utwór, tylko ze wstępem fortepianowym, wymagający szczególnej dyscypliny intonacyjnej, podsunął mi prof. Artysz. Na koniec wybrałem arię z Mesjasza. Ten konkurs, jak się okazało, jest nastawiony przede wszystkim na operę. W jury przeważają dyrektorzy teatrów i śpiewacy znani ze sceny. Szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej. Mogłem, chyba też z powodzeniem, przygotować arie Mozarta, Rossiniego, Verdiego...

- O ile wiem, sposobi się Pan właśnie do zawodu śpiewaka kantatowo - oratoryjnego ?
- Tak początkowo myślałem. Jednak głębiej poznawszy muzykę dochodzę do wniosku, że warto spróbować łączyć oba te gatunki. Istotny jest dobór repertuaru stosowny do wieku. Gdy się ma 21 lat, na śpiewanie wielkich partii operowych jest jeszcze trochę za wcześnie. Wydaje mi się zatem, że kolejność, jaką przyjęliśmy z moim profesorem - od Bacha i Haendla zaczynając - jest prawidłowa.

- Z Bachem i Haendlem poznał się Pan mając ledwie sześć lat. Do Poznańskich Słowików przyjmują na ogół dopiero dziewięciolatków. Pewnie swoim wysokim wzrostem oszukał Pan profesora Stuligrosza ?
- Rzeczywiście zawsze byłem wyższy od rówieśników. Głos miałem też wysoki, trafiłem do sopranów. Dlaczego mama zapisała mnie do chóru tak wcześnie - nie wiem. W każdym razie przez dwanaście lat miałem zaszczyt należeć do tej wspaniałej, poznańskiej rodziny słowiczej, zupełnie nie myśląc o zawodzie śpiewaka. Zapatrzony byłem w sport. Prosto ze szkoły biegłem na boisko, a potem na próbę chóru. Nie zawsze dawało się to pogodzić.

- Podobno chciał Pan zostać dziennikarzem sportowym ?
- To było moje marzenie i omal nie zacząłem studiów dziennikarskich. Gdy miałem osiemnaście lat, Stefan Stuligrosz zabrał mnie z grupą dwunastu swoich śpiewaków do Teatru Wielkiego w Warszawie, gdzie przygotowywał Quo Vadis Nowowiejskiego. Przez trzy tygodnie mieszkaliśmy w Teatrze Wielkim i właściwie całe życie w tym czasie zamknęło się w murach tego gmachu. Miałem okazję zajrzeć do najgłębszych jego zakamarków i podpatrywać cały proces powstawania przedstawienia. Zafascynowało mnie to do tego stopnia, że po powrocie do domu w jednej chwili zmieniłem plany na przyszłość. Plakaty sportowe, zdobiące ściany mego pokoju, powędrowały do kosza. Zacząłem myśleć wyłącznie o kształceniu głosu.

- Po pierwszym roku studiów w Poznaniu przeniósł się Pan do Akademii Muzycznej w Warszawie...
- ... gdzie jeszcze raz odkryłem siebie i atmosferę potrzebną mi do pracy, klimat otwartości, konkurencyjności, ale zarazem życzliwości. Przede wszystkim zaś możliwość łączenia nauki z występami. Dla młodego człowieka najważniejszą sprawą jest jego pedagog, który potrafi nawiązać kontakt z uczniem, ma umiejętność dotarcia do jego rozumu i serca. Do Jerzego Artysza przyszedłem z nastawieniem na kształcenie się w kierunku oratoryjnym. Odżegnywałem się od wszelkiej muzyki operowej. Profesor zrazu przyjął mój punkt widzenia, lecz ze spokojem i wprost nadzwyczajną cierpliwością zaczął mi podsuwać odpowiednie próbki operowe. Po pewnym czasie w tym poszerzaniu zainteresowań przeszedłem jego oczekiwania. To się udało, ponieważ mój mistrz jest człowiekiem renesansowym, humanistą, z którym każda godzina obcowania uczy czegoś nowego. Nie tylko w dziedzinie muzyki. Jestem przekonany, że nie znajdę lepszego pedagoga na świecie, zarówno od techniki wokalnej, jak i jako nauczyciela życia.

- Czy zdaje Pan sobie sprawę, w jakim punkcie kształcenia głosu Pan się znajduje ?
- Na pewno więcej muszę się jeszcze nauczyć. Jestem na trzecim roku studiów. Jako bas-baryton lokuje się w wieku niemowlęcym. Uczę się na każdym koncercie. Mam ich dużo, zwłaszcza teraz po konkursie. Profesor obdarzył mnie zaufaniem co do wyboru wśród licznych propozycji, a przede wszystkim w doborze programu. Postaram się tego zaufania nie zawieść. Tylko raz zdarzyło mi się wystąpić na czterech koncertach w tygodniu. Było ich o trzy za dużo.

Rozmawiał Romuald Połczyński
Ruch Muzyczny, 21.03.1999