|
Jarosław
Bręk - nazwisko warte zapamiętania
- Do trzydziestego
szóstego z kolei konkursu w Barcelonie przystąpiło 200 śpiewaków
z 40 krajów. Podobnie jak inni byłem przekonany po przeczytaniu
regulaminu, że turniej odbędzie się w dwóch kategoriach: operowej
i oratoryjno-pieśniarskiej, i że w każdej z nich przydzielone zostaną
odrębne nagrody. Nie chciałem Bachem i Haendlem konkurować z tymi,
którzy śpiewają tylko Verdiego i Czajkowskiego. Tymczasem okazało
się, że nagrody przyznano łącznie, a zwycięzca w kategorii oratoryjnej
otrzymał nagrodę specjalną...
- ... i Panu przypadła
ona w udziale.
- Tak, zaś w klasyfikacji generalnej znalazłem się na trzecim miejscu.
Otrzymałem też nagrodę w postaci recitalu pieśni w czerwcu tego
roku w Barcelonie i - wraz ze wszystkimi finalistami - dwuletnie
stypendium w Akademii Operowej w Cagli we Włoszech.
|
|
- Zanim jednak
dotarł Pan do finału...
- Miałem szczęście wylosować dobrą, środkową
pozycję wśród dwustu kandydatów do eliminacji, którym
przydzielono tylko czterech akompaniatorów i przesłuchiwano
przez pięć dni. O przećwiczeniu z pianistą całego
programu nie było mowy. Czasu starczyło zaledwie na omówienie
charakteru kompozycji i temp. W pierwszym etapie zaśpiewałem
arię z Pasji Mateuszowej i pieśń Ravela z cyklu Don
Quichotte a Dulcinee. Zgodnie z regulaminem miałem
jeszcze przygotowaną arię Filipa z Don Carlosa, ale nie
pozwolono mi jej zaśpiewać. Właściwy konkurs zaczął
się z II etapem. Trafiło do niego 56 osób. Z ósemki
Polaków zostałem sam. Mój program składał się z
arii Haendla z Alexander's Feast oraz pieśni Wolfa. W
finale znalazła się dwudziestka kandydatów. Występowaliśmy
w teatrze Victoria, pełniącym funkcję opery po pożarze
Teatro Liceo. Wykonałem trzy pieśni: Schuberta,
Schumanna i hiszpańskiego kompozytora Mompou. Ten
znakomity utwór, tylko ze wstępem fortepianowym,
wymagający szczególnej dyscypliny intonacyjnej, podsunął
mi prof. Artysz. Na koniec wybrałem arię z Mesjasza.
Ten konkurs, jak się okazało, jest nastawiony przede
wszystkim na operę. W jury przeważają dyrektorzy teatrów
i śpiewacy znani ze sceny. Szkoda, że nie wiedziałem o
tym wcześniej. Mogłem, chyba też z powodzeniem,
przygotować arie Mozarta, Rossiniego, Verdiego...
- O ile wiem,
sposobi się Pan właśnie do zawodu śpiewaka kantatowo
- oratoryjnego ?
- Tak początkowo myślałem. Jednak głębiej poznawszy
muzykę dochodzę do wniosku, że warto spróbować łączyć
oba te gatunki. Istotny jest dobór repertuaru stosowny
do wieku. Gdy się ma 21 lat, na śpiewanie wielkich
partii operowych jest jeszcze trochę za wcześnie.
Wydaje mi się zatem, że kolejność, jaką przyjęliśmy
z moim profesorem - od Bacha i Haendla zaczynając - jest
prawidłowa.
- Z Bachem i
Haendlem poznał się Pan mając ledwie sześć lat. Do
Poznańskich Słowików przyjmują na ogół dopiero
dziewięciolatków. Pewnie swoim wysokim wzrostem oszukał
Pan profesora Stuligrosza ?
- Rzeczywiście zawsze byłem wyższy od rówieśników.
Głos miałem też wysoki, trafiłem do sopranów.
Dlaczego mama zapisała mnie do chóru tak wcześnie -
nie wiem. W każdym razie przez dwanaście lat miałem
zaszczyt należeć do tej wspaniałej, poznańskiej
rodziny słowiczej, zupełnie nie myśląc o zawodzie śpiewaka.
Zapatrzony byłem w sport. Prosto ze szkoły biegłem na
boisko, a potem na próbę chóru. Nie zawsze dawało się
to pogodzić.
- Podobno chciał
Pan zostać dziennikarzem sportowym ?
- To było moje marzenie i omal nie zacząłem studiów
dziennikarskich. Gdy miałem osiemnaście lat, Stefan
Stuligrosz zabrał mnie z grupą dwunastu swoich śpiewaków
do Teatru Wielkiego w Warszawie, gdzie przygotowywał Quo
Vadis Nowowiejskiego. Przez trzy tygodnie mieszkaliśmy w
Teatrze Wielkim i właściwie całe życie w tym czasie
zamknęło się w murach tego gmachu. Miałem okazję
zajrzeć do najgłębszych jego zakamarków i podpatrywać
cały proces powstawania przedstawienia. Zafascynowało
mnie to do tego stopnia, że po powrocie do domu w jednej
chwili zmieniłem plany na przyszłość. Plakaty
sportowe, zdobiące ściany mego pokoju, powędrowały do
kosza. Zacząłem myśleć wyłącznie o kształceniu głosu.
- Po pierwszym
roku studiów w Poznaniu przeniósł się Pan do Akademii
Muzycznej w Warszawie...
- ... gdzie jeszcze raz odkryłem siebie i atmosferę
potrzebną mi do pracy, klimat otwartości, konkurencyjności,
ale zarazem życzliwości. Przede wszystkim zaś możliwość
łączenia nauki z występami. Dla młodego człowieka
najważniejszą sprawą jest jego pedagog, który potrafi
nawiązać kontakt z uczniem, ma umiejętność dotarcia
do jego rozumu i serca. Do Jerzego Artysza przyszedłem z
nastawieniem na kształcenie się w kierunku oratoryjnym.
Odżegnywałem się od wszelkiej muzyki operowej.
Profesor zrazu przyjął mój punkt widzenia, lecz ze
spokojem i wprost nadzwyczajną cierpliwością zaczął
mi podsuwać odpowiednie próbki operowe. Po pewnym
czasie w tym poszerzaniu zainteresowań przeszedłem jego
oczekiwania. To się udało, ponieważ mój mistrz jest
człowiekiem renesansowym, humanistą, z którym każda
godzina obcowania uczy czegoś nowego. Nie tylko w
dziedzinie muzyki. Jestem przekonany, że nie znajdę
lepszego pedagoga na świecie, zarówno od techniki
wokalnej, jak i jako nauczyciela życia.
- Czy zdaje Pan
sobie sprawę, w jakim punkcie kształcenia głosu Pan się
znajduje ?
- Na pewno więcej muszę się jeszcze nauczyć. Jestem
na trzecim roku studiów. Jako bas-baryton lokuje się w
wieku niemowlęcym. Uczę się na każdym koncercie. Mam
ich dużo, zwłaszcza teraz po konkursie. Profesor
obdarzył mnie zaufaniem co do wyboru wśród licznych
propozycji, a przede wszystkim w doborze programu.
Postaram się tego zaufania nie zawieść. Tylko raz
zdarzyło mi się wystąpić na czterech koncertach w
tygodniu. Było ich o trzy za dużo.
Rozmawiał Romuald Połczyński
Ruch Muzyczny, 21.03.1999
|