|
Nie staram się śpiewać za wszelką cenę
Rozmowa z Jarosławem Brękiem
Przede wszystkim chcę
bardzo podziękować za to, że zechciał się Pan ze mną spotkać, a tym samym
spotkać z czytelnikami naszego pisma. Jest to również okazja, aby pogratulować
Panu dotychczas odniesionych sukcesów. Trudno w Pana przypadku mówić,
że jest Pan śpiewakiem obiecującym, gdyż w wieku 24. lat i będąc jeszcze
studentem, jest Pan już dojrzałym artystą, docenianym w kraju i za granicą.
Dziękuję bardzo
Chciałabym powrócić do czasów, gdy jako 7-letni chłopiec został Pan
chórzystą Poznańskich Słowików. Jak to się zaczęło, czy jednocześnie uczył
się Pan w szkole muzycznej?
Na przesłuchanie dla kandydatów do chóru zaprowadziła mnie mama, która
słyszała moje dziecięce podśpiewywanie. Udział w chórze trzeba było połączyć
z nauką w szkole. Nie było żadnej taryfy ulgowej, przeciwnie, warunkiem
śpiewania w chórze były bardzo dobre oceny. Nigdy nie chodziłem do żadnej
szkoły muzycznej. Po pierwsze - chór Stuligrosza jest najlepszą szkołą
muzyczną, a po drugie - nigdy mnie nie interesowała muzyka i śpiewanie
tak na poważnie.
W chórze śpiewał Pan przez 12 lat, do debiutu solowego. Czy często
się zdarza, że młodzi chłopcy, członkowie chóru, zostają zawodowymi śpiewakami?
W Poznaniu są 3 chóry chłopięco-męskie, każdy z nich ma w tym momencie
po 2 do 3 tysięcy wychowanków i z tej liczby jest około 20 osób z każdego
chóru, które poszły w kierunku muzycznym. To są dyrygenci, instrumentaliści
i śpiewacy, ale śpiewaków jest mało, co dziwne. Są prawnicy, lekarze,
my się nadal spotykamy. Niemniej śpiewaków jest mało, z tego powodu, że
przychodząc do chóru w wieku 7. lat, nie myśli się, że idzie się po to,
aby być kiedyś śpiewakiem. To nie o to chodziło, zwłaszcza w tamtych czasach,
gdy zależało po prostu na wyjazdach. Młody człowiek jest zainteresowany
wyjazdami, a to kiedyś było trudne.
Czy to prof. Stuligrosz zwrócił uwagę na Pana warunki głosowe i namówił
na dalsze studia wokalne?
Prof. Stuligrosz odcisnął swoje piętno na moim wyborze, gdyż rzeczywiście
parę razy mówił mi, że nie jest najgorsze to, co ja mam, choć mnie to
w ogóle nie interesowało, z tego powodu, że byłem już nastawiony
na dziennikarstwo sportowe. Do dziś zresztą pozostałem fanatykiem sportu.
Przełomem okazała się premiera oratorium Nowowiejskiego Quo vadis w Teatrze
Wielkim w Warszawie, 7 lat temu. Dyrygował prof. Stuligrosz i 7-8 osób,
wśród których i ja byłem, dołączyło do chóru Opery Narodowej. Przez
4 tygodnie mieszkaliśmy w Teatrze Wielkim, gdzie zamknęło się nasze życie.
Jednak w dalszym ciągu interesowało mnie to tak sobie. I po tym czasie,
uczestnicząc w powstawaniu przedstawienia od pierwszej próby do ostatniej,
po powrocie do Poznania nagle postanowiłem - jednak pozostanę przy muzyce.
Miałem wtedy 17 lat. Reżyserem Quo vadis był pan Ryszard Peryt, u którego
teraz miałem przyjemność debiutować w Weselu Figara w Warszawskiej Operze
Kameralnej, to taka piękna klamra. Natomiast 26. czerwca w Lublinie będę
śpiewał partię św. Piotra w oratorium Nowowiejskiego i będzie to zrealizowanie
mojego wielkiego marzenia.
Jak doszło do tego, że został Pan studentem prof. Jerzego Artysza?
To też jedna z ciekawych historii, w które obfituje moje życie, mimo młodego
wieku. Naukę śpiewu rozpocząłem w Akademii Muzycznej w Poznaniu, czyli
moim rodzinnym mieście, bo to było jakby jasne, że tam będę. Byłem tam
rok i po tym pierwszym roku już byłem pewien, że to nie jest to, czego
chcę, że stopień rozwoju nie był współmierny do moich oczekiwań, że to
musi iść jakoś szerzej. W związku z tym postawiłem wszystko na jedną
kartę, przenosząc się do Warszawy. Wybór był prosty, bo tu jest tylko
jeden człowiek, któremu chciałem zaufać, jest nim prof. Jerzy Artysz.
Można powiedzieć, że doskonale się stało, że na swej drodze spotkał
Pan artystów tej miary co profesorowie Stuligrosz i Artysz. Znamy doskonale
wspaniałe efekty pracy prof. Stuligrosza, niedawnego Jubilata z Poznańskimi
Słowikami. Jerzy Artysz jest znakomitym pedagogiem, a jakim jest śpiewakiem,
a zwłaszcza jak interpretuje pieśni, mogliśmy się przekonać podczas niedawnego
recitalu w Studio Koncertowym im. Lutosławskiego. Obydwaj Panowie są na
pewno dumni z Pana sukcesów i cieszą się nimi.
Owszem. To raz, a dwa, że noszę w sobie takie piętno - być pod sztandarem
tych dwóch nazwisk, to nie jest łatwo.
Dotychczasowe dokonania wskazują, że jest Pan artystą wszechstronnym
- śpiewa Pan w operze i na estradzie koncertowej. Czy któryś z tych rodzajów
odpowiada Panu bardziej, czy może tyle samo przyjemności sprawia występ
w teatrze operowym co udział w koncercie?
Rozróżnijmy tu 3 działy - opera, oratorium i pieśni. Wszystkie te działy
uzupełniają się, czyli nie ma, moim zdaniem, śpiewaka który mógłby któryś
z nich pominąć. Śpiewając operę poprawiam się w śpiewaniu pieśni, nabudowuję
jakieś nowe elementy. Niemniej w dalszym ciągu najchętniej wykonuję pieśni,
z tym, że w Polsce są czasy, jakie są i pieśni wykonuje się niestety coraz
mniej, dlatego jedyna możliwość jest za granicą. Moim zdaniem pieśń to
jest największe pole do popisu. W operze można wiele nadrobić, w
oratorium jest tylko głos, ale w pieśni jest wszystko i śpiewanie jej
wymaga największej pracy i największej wrażliwości.
Z notatki biograficznej dowiadujemy się, że szczególnym zainteresowaniem
darzy Pan muzykę XVII i XVIII wieku, stąd obecne w Pana repertuarze kantaty
Bacha oraz opery Periego, Scarlattiego i Mozarta. Ale śpiewa Pan również
pieśni romantyków niemieckich, a w najbliższym czasie będą Carmina Burana
Orffa w Filharmonii Narodowej. Czyli bliska jest Panu muzyka z różnych
okresów. Czy mógłby Pan coś więcej powiedzieć o swym repertuarze estradowym?
Carmina Burana są już nieaktualne, wycofałem się z tego. Jeszcze nie czas,
abym je śpiewał w sposób, który byłby dla mnie zadowalający. W kwietniu
będę śpiewał w Hiszpanii partię basową w IX Symfonii Beethovena, wraz
z Filharmonią Dolnośląską.
Gdzie będzie można Pana usłyszeć, nie lecąc do Barcelony czy Tokio?
Myślę zarówno o koncertach jak i operze.
W bliskich planach - 17. maja w Filharmonii Narodowej oratorium Haendla
Juda Machabeusz, będzie dyrygował Marek Toporowski. Z okazji Roku Paderewskiego
Filharmonia Pomorska im. Paderewskiego w Bydgoszczy organizuje 3 koncerty,
podczas których zostanie wykonane Requiem Mozarta z moim udziałem - 28.
czerwca w Poznaniu, 29. czerwca w Bydgoszczy i 30. czerwca w Warszawie
w Archikatedrze św. Jana na Starym Mieście. W Warszawskiej Operze Kameralnej
wezmę udział w XI Festiwalu Mozartowskim, po raz pierwszy będę śpiewał
w Don Giovannim 15-go czerwca i w lipcu (7, 8, 25 i 26) oraz w Weselu
Figara 17 i 22 czerwca i 11. lipca.
Wiem, że nagrał Pan kilka płyt kompaktowych. Jakie to płyty i gdzie
je można kupić?
Właśnie to jest problem, ponieważ ja sam nie wiem, gdzie je można kupić.
Jedna z nich nosi tytuł Ave Maria i została nagrana wspólnie z sopranistką
Katarzyną Trylnik w Bazylice w Trzebnicy. Płyta nagrana w Warszawskiej
Operze Kameralnej, zawierająca operę Periego Euridice, powinna być już
w sprzedaży. Kolejna zawiera utwory Marcina Mielczewskiego. Wziąłem
również udział w nagraniu płyty nominowanej do Fryderyka - oratorium Scarlattiego
Święty Kazimierz, Król Polski. W tym ostatnim utworze bas bierze udział
tylko w jednym kwartecie i cała partia trwa około 2. minut. Na mojej ostatniej
płycie, wydanej w Białymstoku, nagrano Mszę F-dur Mozarta. Poza tym jest
sporo rejestracji dokonanych podczas koncertów, m.in. pieśni Schuberta,
Schumanna i Brahmsa, wykonane na jesieni 1999 roku podczas recitalu w
Studio Koncertowym im. Lutosławskiego w Warszawie i kantata Bacha Ich
habe genug - podczas koncertu w Wilanowie. Nagrania te znajdują się jednak
tylko w zbiorach rozgłośni radiowych.
Wieloletnie występy z chórem oswoiły Pana z estradą. Czy ma Pan tremę
przed występami solowymi?
Muszę powiedzieć, że to jest kłopot, bo nie mam tremy. Niejednokrotnie
trema jest niezbędna, a ja jej nie mam.
Który ze śpiewaków polskich i zagranicznych najbardziej Pan ceni i
lubi?
Przede wszystkim mój Profesor, nauczyciel powinien być ideałem i on jest
moim polskim ideałem. Natomiast ze śpiewaków zagranicznych mogę wymienić
Samuela Rameya i José van Dama.
Moim zdaniem pański głos nawet przypomina głos tego ostatniego śpiewaka.
Właśnie często to słyszę.
Czy chciałby Pan jeszcze coś powiedzieć czytelnikom Trubadura o sobie?
Nie wiem co mogłoby czytelników zainteresować. Chcę powiedzieć, że jako
przedstawiciel młodego pokolenia całkowicie odcinam się od pewnych rzeczy,
które w Polsce mają miejsce. Nie staram się śpiewać za wszelką cenę, tam
gdzie są konflikty, coś jest przed muzyką, tam mnie nie ma. Nie bawię
się w takie rzeczy. Są ludzie, którzy pasjami uprawiają różne kłótnie
i intrygi na zapleczu wielkiej muzyki, ja w czymś takim nigdy nie uczestniczę,
jest poza tym. Uważam, że nie można dać się ponieść muzyce do tego stopnia,
żeby ona przesłoniła całe życie. Jest coś ponad tym, to jest jednak profesja,
musi być czas i margines na inne rzeczy. Ja mam ten margines bardzo duży,
duży dystans do tego, co robię i nie staram się myśleć, że coś muszę.
Ja nic nie muszę, wszystko ma swój czas. Jeżeli mam mieć koncert, który
będzie okupiony wielką ilością kłótni i targów, to z niego grzecznie rezygnuję.
Nie można dać się wpuścić w taki kierat, że człowiek wstaje rano wściekły.
Właśnie dlatego mój kontakt z operą zacząłem od Warszawskiej Opery Kameralnej,
jakkolwiek nie jestem w niej na etacie. Masa Polaków nie ma pojęcia o
tym, jaką wartość przedstawia Opera Kameralna, a jeśli ktoś im powie,
to nie wierzą. Nasz dyrektor Stefan Sutkowski pracuje po cichu, nie rozgłasza
dokąd opera wyjeżdża, a jest masa wyjazdów. Przed rokiem zespół był 2
miesiące w Japonii, występował we wszystkich największych salach i wszędzie
był entuzjastycznie przyjmowany. Czy ktoś o tym wie? Nikt. Obserwując
dyrektora widzę, że w tej chwili działa konsekwentnie i chyba tak, jak
sobie 40 lat temu wymarzył. Wszystko jest poukładane, załatwione, każdy
wie, co ma robić. Jest mnóstwo pracy i nie jest tak, jak w innych teatrach,
że jak ktoś ma mało pracy, to się buntuje. Jest mnóstwo znakomitych wyjazdów,
2 tygodnie temu wróciliśmy z Bejrutu, ostatnio w Lizbonie pokazano Cyrulika
Sewilskiego, teraz zespół wyjeżdża do Francji, potem na 16 przedstawień
Czarodziejskiego fletu do Hiszpanii. Który teatr tak jeździ? Żaden. Ten
teatr spełnia tę konwencję, której ja hołduję - żadnego przedstawiania
dawnych oper w dzisiejszych czasach, we współczesnych kostiumach. Chciałbym
też przypomnieć, że w kwietniu 2000 roku miał się odbyć w Opolu recital
Andrzeja Hiolskiego z organistą, prof. Józefem Serafinem. Ja pojechałem
z Jego programem, zastąpić Go. To było takie przeżycie, że nie wiadomo
było, jak to zrobić. Udało nam się stworzyć na sali niepowtarzalny nastrój.
Po recitalu dostałem kwiaty i powiedziałem parę słów, że było dla mnie
wielkim zaszczytem zastąpić Andrzeja Hiolskiego. Te kwiaty położyliśmy
między sobą, zaśpiewałem bis i wyszliśmy z sali, pozostawiając kwiaty
jako symbol pamięci o Panu Andrzeju. Natomiast najważniejszy koncert (będzie
się nadal odbywał) to jest moje dziecko, koncert zatytułowany Kolędy dla
Poznania. To jest, póki co, dzieło mojego życia. Żadne przedstawienie
czy recital pieśni się z tym nie równa. To nie jest normalny koncert.
Roi się teraz w Polsce od koncertów tzw. charytatywnych, które polegają
na tym, że artyści biorą honoraria, a jakiś tam dochód przeznacza się
na cele społeczne - jakiż to jest koncert charytatywny? W związku z tym
wpadłem na pomysł, żeby zaprosić dzieci z domów dziecka na koncert, aby
to był dla nich prezent. Udało mi się zaangażować dwoje aktorów grających
w serialu Złotopolscy, Magdę Stużyńską, która jest moją przyjaciółką i
Adama Dzienisa, Poznański Chór Katedralny, organistę Krzysztofa Czerwińskiego
i kwartet smyczkowy. Wszyscy wystąpiliśmy za darmo! Zaproszone dzieci
dostały prezenty, również śpiewały z nami kolędy na scenie. Na koncert
przyszedł także tłum poznaniaków, około 2 tysiące osób. Chcę kontynuować
ten cykl jako pewne moje podziękowanie za to, co udało mi się osiągnąć.
To jest wielka praca, robię sam wszystko, od pomysłu po ustawienie krzeseł
w kościele, ponadto jeszcze śpiewam. Również trzeba to wszystko zorganizować
- udział solistów, chóru, organów, kwartetu smyczkowego, aktorów. I nieważne,
co w tym czasie będzie, czy nagrania, czy jakiś wyjazd, to się nie liczy
i 12. stycznia 2002 roku będą Kolędy dla Poznania we Farze. Dla mnie to
jest wielkie wydarzenie.
Raz na kwartał odbywają się nasze spotkania klubowe, na których często
zaszczycają nas swoją obecnością goście związani zawodowo z operą
i wokalistyką - śpiewacy, dyrygenci, reżyserzy, kompozytorzy. Czy zechciałby
Pan kiedyś przyjąć nasze zaproszenie, aby Klubowicze mogli poznać Pana
osobiście?
Oczywiście, bardzo chętnie.
Bardzo się cieszę, że Pana poznałam. Jeszcze raz serdecznie dziękuję
za spotkanie i życzę wielu sukcesów.
Ja też bardzo dziękuję.
Rozmawiała Barbara Pardo
Trubadur, kwiecień 2001
|